Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oradea. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oradea. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 czerwca 2011

Pożegnanie Oradei

Znajomi z Oradei skończyli już swój projekt i pojechali do domu.
Oto pożegnalny grill który miał miejsce 20 maja:




 To knajpa Geko (jedna z fajniejszych w Oradei, z wielką częścią podziemną do tańcowania) której właściwiele pozwolili nam urządzić grilla na podwórku za lokalem, warunki dość "śmietnikowe":p








specjalnie zaczęliśmy wcześnie żeby się załapać na happy hours i każdy nakupił alkoholu na zapas:p




To mici (małe kiełbaski z mięsa mielonego, głównie baraniny), osobiście nie przepadam, te akurat były kupione w Kauflandzie i sie całkiem rozbabrały w tym upale:p



mina Kenta wyraża właśnie frustrację kucharza który z kiepskiego produktu ma wykrzesać dobry posiłek (bardzo sie starał ale wyszło jak wyszło ;p)
  




hehe Kent poszedł na chwile do WC i patrzcie co się stało :D





 To już poranek dnia następnego, jakiś nadpobudliwy osobnik wstał wcześniej i porobił nam zdjęcia jak śpimy :p



ostatnie wspólne śniadanie



(uśmiecham się bez otwierania buzi bo poprzedniego wieczora ukruszyłam sobie zęba butelką od piwa :D dramat.... :P)



 ostatni rzut oka z balkonu na Bulwadr Dacii (tuż nad nami, pod dachem mieszkała kolonia nietoperzy)


 i może do zobaczenia na Woodstocku:)

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Chwila dla siebie

Wróciłam z Oradei gdzie spędziłam kolejne 6 dni do domu i mogę wreszcie odsapnąć i ponadrabiać różnorakie zaległości (w nauce rumuńskiego, papierkowej robocie, mejlach etc) Teraz mamy wolne, bo jest tydzień przedświąteczny więc posiedzę sobie spokojnie w domku, a w piątek jadę z resztą wolontariuszy do Timiszoary na chwilkę a potem do gdzieś dalej w świat (do Sighişoary i Klużu).
Mój styrany organizm domaga się odpoczynku, tym bardziej że czeka mnie znowu intensywny weekend wyjazdowy.
Póki co wrzucam parę zdjęć z Oradei, gdzie pojechałam na konferencję dotyczącą wolontariatu, a potem była seria spotkań towarzyskich :p
Rumuńskie drogi: (do Oradei zawsze przemieszczam się autostopem a nie pociągami)



konferencja: 

  
Były też różne warsztaty z malowaniem, tańczeniem etc, stąd się zaczęło malowanie na sobie, a wieczorem się rozkręciło :p


Byliśmy w niedzielę w Baile Felix, uzdrowisku pod Oradeą, podobno największe w Rumunii, ale napewno nie najładniejsze- masa ludzi, i wszelkiego badziewia dla turystów.  Jako ciekawostkę mogę powiedzieć, że jest to jedyne miejsce w Europie gdzie rosną (żyją? :p) lotosy (tak przynajmniej słyszałam). (Są też żółwie i żaby:p)



  



poznajecie?:p

tak, wciąż ta sama gra i wciąż niezawodna:p
Pijacki spacer po okolicy po którym zalegliśmy niczym jakieś lemury na placy zabaw dla dzieci:p (wissieliśmy tak z godzinę)  




wtorek, 5 kwietnia 2011

Oradea:)

Wszyscy mówili, że Oradea (swoją drogą strasznie ładna nazwa dla miasta) jest naprawdę piękna i nawet żałowałam na początku że nie udało mi się tam pojechać na wolontariat. Teraz już wiem jak wygląda Oradea i faktycznie- piękne miasto i mogłabym zamienić na swój Arad (choć bardzo bardzo Arad lubię)

Żeby zaoszczędzić pieniądze których nie mam i sprawić sobie trochę przyjemności, pojechałam stopem, poszło gładko, 2 godzinki i na miejscu. Przy okazji przekonałam się jak koszmarne są rumuńskie drogi:) Myślicie, że w Polsce mamy złe drogi?? O jakże się mylicie, mamy fantastyczne drogi! Złe drogi to są dopiero tutaj!:p




  
Przez 3 dni mieszkałam na Bulevardul Dacii (a jakże by inaczej:p), było przefajnie i smutno było wyjeżdżać ( niedługo jadę tam znowu:p)







w niedzielę mieliśmy najprawdziwszy piknik 






wieczorami oddawaliśmy się wspaniałemu zjawisku pod nazwą "drinking games", naszą ulubioną stały się kości- z braku stołu graliśmy na opakowaniu od Monopolu- które to opakowanie stało się z czasem integralną częścią gry :p
Oto jak się zmiało z upływem godzin : (oczywiście każdy punkt, kropka czy kreska, miały swoje znaczenie co do ilości alkoholu do wypicia)





 

Potem poszliśmy na imprezę dubstepową, 5 godzin śmiechu, polecam. 

Jutro raniutko jadziemy do Mołdawii (konkretnie do stolicy- Kiszyniowa) na 5 dni, ufam że wrócę cała i zdrowa, bo podobno pełno tam mafii z kałasznikowami na ulicach.
Każdy rumun który usłyszał, że jedziemy do Mołdawii, robił mniej więcej to samo- krzywił się, wciągał powietrze przez zęby z charakterystycznym świstem i mówił " uuuuu ...dangerous...." :D